To nie „afera”. To mechanizm, który działa od lat
Słowo „afera” jest dziś nadużywane do granic śmieszności. Pasuje do kiepskich telewizyjnych przepychanek, do politycznych gierek, do sytuacji, kiedy ktoś komuś coś obiecał, a potem wyparł się tego przy pierwszej okazji. Można nim opisywać personalne roszady, szemrane nominacje, układy budowane w półmroku gabinetów. W Tomaszowie znamy to aż za dobrze. Tu przecież od lat życie publiczne przypomina momentami połączenie „Misia”, „Alternatyw 4” i posiedzenia komisji śledczej, z tą różnicą, że u Barei człowiek przynajmniej mógł się pośmiać.
Ale w sprawach krzywdzenia dzieci i młodych kobiet słowo „afera” jest po prostu nieprzyzwoite. Ono spłyca. Upraszcza. Przerabia ludzką krzywdę na medialny format. A przecież tu nie chodzi o nagłówek, odsłony ani polityczne okładanie się po głowach. Tu chodzi o coś dużo poważniejszego. O krzywdę, która nie kończy się wraz z publikacją artykułu. O traumę, która nie znika po konferencji prasowej. O skutki, które zostają w człowieku na lata, czasem na całe życie.
Dlatego nie, to nie jest żadna „afera”. To jest pytanie o to, jak działa nasze państwo w skali mikro. Jak działa szkoła. Jak działa urząd. Jak działa środowisko polityczne. Jak działa lokalna wspólnota wtedy, gdy trzeba wybrać pomiędzy wygodnym milczeniem a reakcją.
I niestety odpowiedź od dawna brzmi podobnie.
Tomaszów nie jest od tego wolny
Bardzo byśmy chcieli wierzyć, że podobne historie dzieją się gdzieś indziej. W innym mieście. W innej szkole. W innym układzie towarzyskim. Najlepiej daleko stąd, żeby można było westchnąć z oburzeniem, pokiwać głową i powiedzieć, że „u nas” takie rzeczy nie mają miejsca. To jednak wygodna bajka dla dorosłych, którzy wolą nie patrzeć tam, gdzie patrzeć trzeba.
Tomaszów Mazowiecki nie jest żadną wyspą niewinności. Ma własne przemilczenia, własne historie, własne momenty, w których sygnały ostrzegawcze były widoczne, ale reakcja okazywała się dziwnie niemrawa albo nie było jej wcale. Były sprawy dotyczące krzywdzenia dzieci. Były sprawy dotyczące przemocy seksualnej wobec młodych kobiet. Były też przypadki, w których wokół sprawców albo osób obciążonych poważnymi zarzutami zaczynał się osobliwy taniec uników, półsłówek i nagłego zaniku pamięci.
I to jest właśnie najbardziej porażające. Nie sam fakt, że pojawia się sprawca. Świat, niestety, nie jest zbudowany z samych ludzi przyzwoitych. Najbardziej porażające jest to, jak często otoczenie wybiera bierność. Jak wielu ludzi uznaje, że dopóki sprawa nie wyląduje na wokandzie albo na pierwszej stronie, najlepiej nic nie mówić, nic nie widzieć, niczego nie słyszeć. Jakby całe życie publiczne zostało urządzone według zasady: „przetrwać do jutra i nie narazić się nikomu ważniejszemu od siebie”.
Prawo jest jasne. Rozmywa się co innego
Polskie prawo nie pozostawia tu większego pola do interpretacyjnych popisów. Art. 200 § 1 Kodeksu karnego stanowi wprost, że kto obcuje płciowo z małoletnim poniżej lat 15 lub dopuszcza się wobec takiej osoby innej czynności seksualnej, podlega karze pozbawienia wolności od 2 do 15 lat. To nie jest poetycka metafora, felietonowa figura ani materiał do politycznych targów. To jest twardy przepis. Fundament ochrony najsłabszych.
Tylko że problem w takich sprawach rzadko polega na braku prawa. Problemem jest brak odwagi, brak reakcji, brak elementarnej przyzwoitości. Problemem jest to, że zanim do gry wejdzie prokurator, sąd i paragraf, wcześniej przez długi czas działa lokalny mechanizm wyparcia. Ludzie coś wiedzą, ale nie do końca. Coś słyszeli, ale wolą nie powtarzać. Ktoś z kimś rozmawiał, ale przecież nieformalnie. Ktoś coś zgłaszał, ale „może źle zrozumiał”. A potem wszyscy są zaskoczeni, że sprawa wybuchła.
To „zaskoczenie” bywa zresztą najbardziej odrażającą częścią całego widowiska.
Wszyscy wiedzieli, nikt nie wiedział
Postępowanie wobec nauczyciela z II LO w Tomaszowie Mazowieckim nie wzięło się z powietrza. Takie rzeczy nigdy nie biorą się z powietrza. Zwykle wcześniej są sygnały. Skargi. Niepokój. Rozmowy prowadzone za zamkniętymi drzwiami. Ostrzeżenia przekazywane półgębkiem. Napięcie, które czują uczniowie, rodzice, czasem także inni pracownicy. Potem przychodzi dobrze znana faza przejściowa: coś już wiadomo, ale jeszcze nie na tyle, żeby „robić z tego sprawę”.
I tu zaczyna się cały polski teatr zaniechań.
Oficjalnie nikt nic nie wie. Nieoficjalnie wiedzą prawie wszyscy. W pokoju nauczycielskim słychać aluzje, na korytarzach krążą półsłówka, w mieście rozchodzą się komentarze. Każdy zna kogoś, kto „coś słyszał”. Każdy czeka, aż zareaguje ktoś inny. Dyrekcja liczy, że sprawa nie urośnie. Otoczenie liczy, że może samo się rozmyje. Instytucja liczy, że uda się przeczekać. I tak kręci się ten chocholi taniec, w którym najważniejsze okazuje się nie bezpieczeństwo potencjalnych ofiar, lecz święty spokój dorosłych.
To nie jest przypadek. To jest mechanizm.
Tomaszów już to widział
Nie pierwszy raz w naszym mieście pojawiają się sytuacje, w których moralne kryteria zderzają się z politycznym albo środowiskowym interesem. Były już przypadki ludzi związanych z lokalnym życiem publicznym, wobec których zapadały wyroki albo wokół których narastały poważne wątpliwości. Byli też tacy, którzy mimo to znajdowali obrońców. Nie anonimowych komentatorów z internetu, tylko osoby publiczne, pełniące funkcje, zabierające głos w imieniu wspólnoty.
I właśnie to trzeba powiedzieć wprost: problemem nie są wyłącznie sprawcy. Problemem są również ci, którzy ich osłaniają, relatywizują, rozmywają odpowiedzialność, przesuwają granice przyzwoitości w imię partyjnego interesu, koleżeńskich zależności albo zwykłego tchórzostwa. To oni tworzą klimat, w którym ofiara ma się wstydzić, a otoczenie ma milczeć.
W tej logice zawsze znajdzie się jakiś pretekst. A to, że „trzeba poczekać na wyjaśnienie”. A to, że „nie wolno nikogo skazywać przed wyrokiem”. A to, że „sprawa jest delikatna”. Oczywiście, że jest delikatna. Właśnie dlatego wymaga większej odpowiedzialności, a nie mniejszej. Właśnie dlatego nie wolno chować głowy w piasek.
Zdjęcie, które zostawia niesmak
Kiedy w ubiegłym tygodniu przed biurem posła Adriana Witczaka, Konfederacja zorganizowała konferencję prasową, oficjalnie chodziło o system kaucyjny. Temat jak temat, jeden z wielu. Tyle że opinia publiczna zwróciła uwagę na coś zupełnie innego. Na obecność człowieka, wobec którego w miejscu pracy toczyło się postępowanie dyscyplinarne dotyczące molestowania kobiet.
I znów mamy ten sam, dobrze znany schemat. Zamiast wyraźnego odcięcia się od człowieka obciążonego tak poważnymi zarzutami, zamiast elementarnej ostrożności i zrozumienia, jak fatalny sygnał wysyła się opinii publicznej, dostajemy wspólne zdjęcia, uśmiechy, publiczną normalizację obecności. Jak gdyby nic się nie stało. Jakby całe to tło nie miało znaczenia. Jakby liczył się tylko bieżący przekaz dnia.
Czy naprawdę tak ma wyglądać odpowiedzialność ludzi życia publicznego? Czy naprawdę w mieście wielkości Tomaszowa nikt nie rozumie, że pewnych gestów po prostu się nie wykonuje, jeśli ma się choć odrobinę wyczucia? Że są sytuacje, w których polityk powinien myśleć nie tylko o kadrze z konferencji, ale też o tym, co czuje kobieta, która słyszała w pracy obsceniczne teksty albo była narażona na natarczywe zachowania?
Bo właśnie tu przebiega granica między przyzwoitością a jej brakiem.
Najłatwiej będzie zaatakować media
W takich sytuacjach zawsze uruchamia się stary repertuar obronny. Winne są media. Winna jest „nagonka”. Winni są przeciwnicy polityczni. Winny jest internet, który „podgrzewa emocje”. To zresztą metoda dobrze znana nie tylko z Warszawy czy z telewizji ogólnopolskich, ale również z naszego tomaszowskiego podwórka. Kiedy brakuje argumentów, atakuje się tych, którzy pytają.
Tyle że pytania pozostają.
Co wiedzieli przełożeni?
Kiedy wiedzieli?
Jak zareagowali?
Czy reakcja była adekwatna?
Czy ktoś próbował sprawę wyciszyć?
Czy względy towarzyskie lub polityczne nie okazały się ważniejsze od bezpieczeństwa ludzi?
To nie są pytania „polityczne”. To są pytania cywilizacyjne. Od odpowiedzi na nie zależy, czy szkoła, urząd i instytucja publiczna są miejscem zaufania, czy jedynie fasadą, za którą wszystko da się zamieść pod dywan.
Milczenie też jest decyzją
W polskiej kulturze publicznej ciągle zbyt łatwo usprawiedliwia się bierność. Jakby brak reakcji był neutralny. Jakby milczenie nie miało skutków. A przecież ma. I to bardzo konkretne. Milczenie przełożonych wzmacnia poczucie bezkarności. Milczenie współpracowników daje sprawcy sygnał, że może więcej. Milczenie środowiska politycznego pokazuje, że „swój” może liczyć na taryfę ulgową. Milczenie opinii publicznej odbiera odwagę tym, którzy chcieliby mówić.
To jest decyzja, nawet jeśli ktoś udaje, że nią nie jest.
Właśnie dlatego tak bardzo irytuje mnie cały ten lokalny rytuał udawanej niewiedzy. Te miny ludzi, którzy zachowują się tak, jakby pierwszy raz słyszeli o rzeczach, o których w mieście mówiło się od dawna. Te gesty oburzenia odgrywane dopiero wtedy, gdy temat staje się zbyt duży, by go ignorować. Ta gra pozorów, w której nie chodzi o prawdę, lecz o to, żeby nie zostać ostatnim obrońcą kompromitującej sytuacji.
Tomaszów stoi przed prostym wyborem
Albo dalej będziemy udawać, że problem pojawia się dopiero wtedy, gdy napiszą o nim media, albo w końcu uznamy, że odpowiedzialność zaczyna się dużo wcześniej — w chwili pierwszego sygnału, pierwszej skargi, pierwszego niepokoju. Albo nadal będziemy hodować kulturę świętego spokoju, albo zaczniemy wymagać od ludzi pełniących funkcje publiczne, by zachowywali się jak dorośli, a nie jak uczestnicy źle napisanego serialu politycznego.
Bo nie chodzi tylko o jeden przypadek, jedno nazwisko czy jedną instytucję. Chodzi o coś więcej. O to, czy Tomaszów Mazowiecki jest wspólnotą zdolną stanąć po stronie słabszych wtedy, gdy to niewygodne. Czy potrafi reagować, zanim sprawa eksploduje. Czy umie oddzielić lojalność wobec człowieka od lojalności wobec elementarnych zasad.
Najłatwiej będzie oczywiście znowu wszystko rozmyć. Poczekać. Przeczekać. Zamienić konkret w mgłę. Ale z takich mgieł rodzi się właśnie bezkarność. A bezkarność nie bierze się znikąd. Ona wyrasta z cudzej obojętności.
I dlatego jeszcze raz: to nie jest żadna „afera”.
To jest test.
Test z przyzwoitości, odwagi i odpowiedzialności.
W wielu miejscach już oblany.
Pytanie brzmi, ilu jeszcze ludzi musi za to zapłacić, zanim ktoś wreszcie zrozumie, że milczenie nie jest neutralne — milczenie zawsze stoi po czyjejś stronie.






























































Napisz komentarz
Komentarze